Po krainie...
10 lat. Niemal dekada minęła, odkąd nieświadomie wyruszyłam w podróż do siebie.
Nie, nie planowałam tego.
Nie miałam mapy.
Nie miałam przewodnika.
Ba, nie miałam nawet towarzysza podróży.
Miałam za to ludzi obok. Jedni stali bliżej, inni dalej. Przyglądali się temu, co tym razem wymyśliłam. Czasem dmuchali mi w żagle. Czasem kurczowo trzymali kotwicę, jakby moja wolność była dla nich zagrożeniem. Jakby moje odejście od znanego było ich własnym zniewoleniem.
A ja szłam.
Choć od dziecka marzyłam, żeby wreszcie ktoś stanął za mną, wyruszyłam sama.
Zmęczona.
Bez sił.
Bez realnego wsparcia.
Bez pieniędzy.
Podniosłam rękawicę i poszłam.
Sprawdzałam niemal każdy trop na własnej skórze.
Musiałam przekonać się sama:
Jakby to było, gdybym...?
Albo:
Czy to absolutna prawda?
Jak pytała Byron Katie.
Nie wystarczało mi, że ktoś powiedział, że tak jest. Chciałam zobaczyć. Dotknąć. Sprawdzić. Przeżyć.
Droga była jednocześnie długa i krótka.
Dziesięć lat wobec trzydziestu już za mną i niewiadomych przede mną.
Bywało, że buzowała we mnie złość. Taka pierwotna. Organiczna. Jeszcze dziecięca. Rosła ze sprzeciwu wobec tego, co było i wobec tego, co jest.
Nie rozumiałam ludzi uległych, bo we mnie zawsze był bunt.
Nie rozumiałam pokornych, bo we mnie zawsze był żar.
Nie godziłam się na słabość, bo we mnie zawsze była siła. Nawet jeśli czasem tylko pozorna.
Nie znosiłam, gdy ktoś machał ręką na znak:
„Odpuszczam."
Ja zawsze walczyłam.
No... prawie zawsze.
Wyjątkiem było liceum, kiedy miałam publicznie zaśpiewać What a Wonderful World Armstronga.
Nie zaśpiewałam. Dostałam 3 z muzyki.🤣
Dziś czuję się trochę tak, jakbym stała na dachu świata i patrzyła na niego z góry.
Nie z wyższości.
Z dystansu.
Z perspektywy, którą dała mi miniona dekada.
I wiecie co?
Nikt za mną nie stoi.
Bo wreszcie stanęłam za sobą ja.
Czasem jeszcze zagotuje się we mnie kompot z dawnych emocji.
Ale dziś już wiem:
Świat tak ma.
A ja nie muszę.
Nie miałam planu.
Nie miałam mapy.
Szłam ku wolności.
Przez długi czas myślałam, że wolność znajdę w skrzyni pełnej złotych monet.
Że miliony kupią mi mój świat:
wolności,
zdrowia,
spokoju.
Życie miało jednak inny plan.
Skrzyni pełnej złota do dziś nie mam.
Za to przez wszystkie te lata szedł za mną jeden tekst:
„Jeśli nie tu, to i tam nie zaznasz spokoju."
Rozebrałam świat na części pierwsze.
Rozebrałam to całe "gówno na atomy".
Sprawdzałam, czym tak naprawdę jest to, do czego tak uparcie maszeruję.
Wolność.
Spokój.
Zdrowie.
I finał tej historii brzmi:
Nie tak to sobie wyobrażałam.
Dziś już nie marzę o tym, co materia ma mi dać.
Marzę o tym, czym ma być.
Dom nie ma być dowodem mojej wartości.
Ma być enklawą.
Samochód nie ma mnie ratować.
Ma dawać radość z drogi.
Koń nie ma mnie dopełniać.
Ma być towarzyszem zachwytu.
Pieniądze nie mają mówić mi, kim jestem.
Mają finansować życie, które wybieram.
Bo przedmiot jest przedmiotem.
To człowiek nadaje mu znaczenie.
A wolność...
wolność jest w nas.
I może właśnie dlatego, po niemal dziesięciu latach tej podróży, stoję dziś na swojej własnej granicy.
Nie z mapą.
Nie z odpowiedziami.
Ale z czymś znacznie cenniejszym.
Z sobą.
I mówię do życia:
Amen.
Namaste.
I kurwa mać.
Biorę to.
Właśnie takie, jakie jest. 🤍 Spirit of Ecstasy
Charles przypomina Mi, że wolno Mi chcieć.
Henry uczy, jak to zbudować.
Eleanor pilnuje, żebym po drodze nie zgubiła siebie.
Więcej przeczytasz O mnie tutaj.
W zakładce tej są produkty które na początek polecam.
Bo moja droga do Siebie też tędy szła... Nie mam dzieci z kapysty ani nie żyję w celibacie ;)