Anatomia hipokryzji. Jak przez niemal 40 lat szłam pod rękę z całym światem ....
Wiele można o mnie powiedzieć... bo sama chętnie i otwarcie mówię o sobie.
Dzisiaj jednak nie będzie o nieliniowości, radosnym viralowym ruchu czy sukcesach mojego sklepu. Dziś chcę ściągnąć maskę, którą nosiłam tak długo, że niemal zrosła się z moją twarzą.
Chcę Wam opowiedzieć o hipokryzji, która stała w parze ze mną przez niemal 40 lat mojego życia.
O grze pozorów, którą poznałam do szpiku swoich własnych kości. Idealna układanka sztywnych schematów... Przez cztery dekady byłam wzorowym produktem świata i rodziny. Perfekcyjnie realizowałam skrypt pod nazwą: „bądź grzeczną dziewczynką, rób dobrze wszystkim, spełniaj oczekiwania, zbieraj punkty u ludzi".
Robiłam wszystko, co wypadało, byle tylko zdobyć pieczątkę społecznej akceptacji.
Na dolnym ujęciu stoję tuż przy kościelnych balaskach, pod samym ołtarzem, trzymając w ręku mikrofon. Aktywna, zaangażowana, idealnie wpasowana w tradycyjną, małomiasteczkową strukturę. Kościół dawał mi poczucie, że jestem „dobrym człowiekiem", bo tak przecież definiuje się dobro w tym świecie.
Górny kadr to kolejny stopień tej samej gry – moja twarz z ulotki wyborczej do lokalnego samorządu. Poważne spojrzenie, skromny, biały kołnierzyk i wielkie, dumne hasła o działaniu dla regionu.
Następny kostium, następna instytucja, w której próbowałam udowodnić swoją wartość.
Służyłam wszystkim wokół, prasując własną duszę, byle tylko dopasować się do ramy. A w parze ze mną niezmiennie szła ona – głęboka, ludzka HIPOKRYZJA !!! Prasa, która miażdżyła mnie co dnia!
Najgorsze w hipokryzji jest to, że kiedy grasz w tę grę wystarczająco długo, zaczynasz oszukiwać samą siebie. Widziałam od środka mechanizmy, układy, sztuczne uśmiechy i obietnice, które były warte tyle, co... sam sobie dopowiedz ;).
Widziałam, jak ludzie, którzy na co dzień mówią o wartościach, potrafią potraktować drugiego człowieka w kryzsie, bo byłam tam... siedziałam z boku i własnym uszom nie wierzyłam :(.
Ta prasa miażdżyła mnie przez lata, przeciskając przez swoje tryby resztki mojej autentyczności. Robiłam dobrze wszystkim – lokalnemy światu, sąsiadom, rodzinie, tradycji – tylko, kur*a, nie sobie!
Aż przyszedł ten jeden moment.
Jeden wieczór, podczas którego granica absurdu została przekroczona. Będąc częścią lokalnego widowiska polityczno-towarzyskiego, po prostu zapytałam na głos: Jakim trzeba być hipokrytą, żeby robić event charytatywny w czasie trwającej kampanii wyborczej?
W odpowiedzi dostałam tylko pełne niesmaku, lodowate milczenie. Zakłóciłam idealny spektakl. Przegrałam z kretesem tę grę!
Po kilku lampkach wina, niczym Dorotka – ta malusia, z bosą piętką i wielką odwagą w sercu – po prostu obróciłam się "na pięcie" i chwiejnym, zmęczonym tym całym fałszem krokiem, wyszłam z tego teatru.... Nie wróciłam tam nigdy więcej. Ale dokończyłm grę pt.: wyobory!
Zostawiłam wtedy moje maski tam, gdzie ich miejsce. Pozwoliłam umrzeć ugładzonej kandydatce z samorządowego plakatu i zaangażowanej kobiecie z kościelnej ławy.
Gdy przechodzisz przez taką prasę, masz dwa wyjścia: albo pozwolisz się zneutralizować i zgorzkniejesz w klatce, albo wyjdziesz z niej, trzaskając drzwiami, by w końcu zacząć żyć na własnych warunkach.
Przez niemal 40 lat hipokryzja była moją towarzyszką.
Dziś z uśmiechem prowadzę coSEXtra, wspominam te epizody ze smutkiem, ale kręcę virale i nie przejmuję się już tak bardzo ludzkim gadaniem, bo dziś wiem jedno: wierność SAMEJ SOBIE to jedyna waluta, która ma w tym życiu realną wartość!
Przestałam służyć światu. Wybrałam siebie!
Join me!😉🍷🔥