78. Koniec i początek. One more time.

Nie wiem, czy to koniec.

Nie wiem też, czy początek.

Wiem tylko, że od kilku dni coraz częściej łapię się na jednym zdaniu.

Gotowe.

To dziwne uczucie.

Przez lata wydawało mi się, że zakończenie jakiegoś etapu będzie spektakularne.

Będą fanfary.

Wielkie olśnienie.

Mistyczne: Teraz. Możesz. Już.

Nic takiego się nie wydarzyło.

Po prostu usiadłam na tarasie i pomyślałam:  Zrobiłam to, co miałam zrobić.

Boxy dla coSEXtra są praktycznie gotowe.

Sklep przeszedł wszystkie zmiany, które od miesięcy nosiłam w głowie.

Materiał na książkę istnieje.  Na drugą też. Na trzecią chyba również.

Blog ma już siedemdziesiąt kilka artykułów.

Facebook jest pełen śladów mojej drogi.

I nagle dotarło do mnie coś jeszcze.

Ja przez cały ten czas nie pisałam dla świata.

Pisałam...  dla siebie.

Nie po to, żeby zapamiętać przeszłość.

Po to, żeby zostawiać sobie drogowskazy.

Żebym za kilka miesięcy albo lat mogła wrócić i powiedzieć:

"A jednak już wtedy to wiedziałam."

Dlatego coraz rzadziej czytam cudze książki.

Coraz częściej czytam... własne.

Wracam do artykułów sprzed roku.

Do wpisów, o których dawno zapomniałam.

I odkrywam, że prawie każdy z nich był zapowiedzią kolejnego etapu.

Nie dlatego, że przewidziałam przyszłość.

Dlatego, że bardzo uczciwie opisałam miejsce, w którym wtedy byłam.

Resztę dopisało życie.

Kilka dni temu wróciłam do tekstu z października 

Napisałam wtedy: „Po prostu jestem.”

Czytam go dzisiaj i uśmiecham się.

Bo wtedy to było zdanie.

Dzisiaj jest doświadczeniem.

Już nie szukam znaków.

Coraz częściej widzę, że sama zostawiałam je sobie po drodze.

Nie po to, żeby coś udowodnić.

Po to, żeby nie zapomnieć, kim jestem i co robię.

Może właśnie dlatego przestałam czekać.

Kiedyś wydawało mi się, że życie wydarzy się później.

Kiedy Google zacznie lepiej pokazywać sklep.

Kiedy będzie więcej zamówień.

Kiedy spłacę wszystko.

Kiedy...  Dzisiaj widzę, że czas nigdy nie był poczekalnią.

To właśnie on wykonywał swoją pracę.

Ja wykonywałam swoją.

Każdego dnia.

Trochę pisałam.

Trochę poprawiałam.

Trochę odpuszczałam.

Trochę żyłam.

I chyba dopiero teraz rozumiem zdanie, które od dawna chodziło za mną:

Czas jest moim sprzymierzeńcem.

Nie dlatego, że wszystko rozwiąże.

Dlatego, że pozwala dojrzewać temu, co zostało już zasiane.

Nie zamierzam teraz grzebać w rzeczywistości i sprawdzać co pięć minut, czy wszystko już działa.

Zrobiłam to, co należało do mnie.

Reszta nie należy już do mnie.

I jest w tym ogromna ulga.

Za kilka dni dzieci rozpoczną wakacje.

Chyba ja też. Nie od życia. Od ciągłego poprawiania życia.

Taras zostaje.

Mięta pewnie znowu urośnie bardziej, niż jestem w stanie wykorzystać.

Jaskółki nadal będą przecinały niebo nad domem.

Po burzy znowu wyjdzie słońce.

A ja...  po prostu będę.

I myślę sobie, że to całkiem dobry moment, żeby zamknąć pewien rozdział.

Nie dlatego, że wszystko się skończyło.

Dlatego, że już nie wszystko musi się zaczynać od nowa.

Po prostu...  one more time.


Jeśli jesteś tutaj po raz pierwszy i masz ochotę zostaś na dłużej to proponuję przeczytać to na początek. Poznasz mnie :)

Dalej polecam blog. 

A żeby dopełnić obraz wiedz, że prowadzę też sklep

Całość dopełnią media społecznościowe. Jesteśmy na:
facebook
instagram
tiktok

Miłej lektury ...

Fot. Opaczność.

Artykuł nr 78. Domknięcie pierwszego etapu. Dalej jest już tylko życie.